WARSZAWA:   Wesoła - Wawer - Praga Południe - Rembertów

Wybierz wydanie:

Logowanie

automatyczne logowanie
Zarejestruj się    Zapomniałem hasła

Wtorek, 21 listopada 2017 r.
Imieniny obchodzą: Albert, Janusz, Konrad

Qlturka: Król Artur. Legenda miecza – fantasy po gangstersku

Marcin Zając  |  18 sierpnia 2017

Na początku muszę się do czegoś przyznać. Jestem wielkim fanem Guya Ritchiego. Po prostu uwielbiam jego filmy. Widziałem wszystkie z wyjątkiem Rejsu w nieznane. Ale kto, będąc na miejscu filmowca, nie nakręciłby wątpliwej jakości romkoma dla Madonny (główna rola; była wówczas żoną reżysera), niech pierwszy rzuci kamieniem. Porachunki, pierwsza pełnometrażówka brytyjskiego twórcy,otworzyły drogę do kariery gwiazdom takim jak Jason Statham czy Vinnie Jones. Dzięki debiutowi Ritchiego, a także Big Lebowskiemu braci Coen, ‘98 zapisał się jako wyśmienity rok dla komedii kryminalnych. Z filmografii reżysera warto też wyróżnić fenomenalny Przekręt i dostarczające nietuzinkowej rozrywki dwie części Sherlocka Holmesa z Robertem Downey Juniorem w tytułowej roli. Mam wrażenie, że ostatnie filmy Ritchiego mają poważne problemy z marketingiem. Tak było na pewno w przypadku Kryptonim U.N.C.L.E., który rozczarował finansowo (zarobił na świecie 109 milionów dolarów, a budżet produkcji wyniósł 75 milionów dolarów).

Na Króla Artura. Legendę miecza trafiłem przypadkiem, przeglądając w Internecie repertuar kina. Tytuł zasugerował mi, że to animacja (tu chyba odezwała się nostalgia za pierwszym moim spotkaniem z celtycką legendą na ekranie, czyli obejrzanym wielokrotnie w dzieciństwie na VHS Magicznym mieczem – Legendą Camelotu) lub aspirujący do hitu kicz w stylu Wielkiego Muru z zeszłego roku. Tego dnia nie było jednak wielkiego wyboru seansów w późnych godzinach. Postanowiłem sprawdzić, co kryje się pod niefortunną nazwą i śmiało twierdzę, że tej decyzji zdecydowanie nie żałuję.

Guy Ritchie kreuje mitycznych bohaterów po swojemu. I tak Mordred jest złym przywódcą magów, który prowadzi swoje wojska na zamek króla Uthera (ojca Artura gra Eric Bana – Hektor z Troi Petersena). Pierwsza sekwencja epickiej bitwy wydaje się spektakularna, ale nie zachwyca. Za to chwilę później reżyser serwuje nam próbkę swojej specjalności w dynamicznie zmontowanym fragmencie o dzieciństwie Artura. Chłopiec wychowuje się w zamtuzie, a na ulicach zbiera pierwsze lekcje życia. Od najmłodszych lat wdaje się w bójki, trenuje, pomnaża początkowo skromny majątek. W następnej scenie Artur budzi się z sennego koszmaru już jako dorosły mężczyzna. Fizyczne przygotowanie Charliego Hunnama do roli nie było łatwe. Miał być w stanie wyprowadzać po tysiąc ciosów dziennie. Anglik znany na przykład z Synów Anarchii na planie radzi sobie nie tylko aparycją, ale również grą aktorską. Cwaniak i jednocześnie twardziel, na którego kreuje postać prawowitego władcy Camelotu, jest przekonujący. Pochwalić można też Neila Maskella, dobrze wypadającego w roli towarzysza Artura - Back Lacka. Dostarcza widzom orzeźwiającego komediowego wytchnienia.

Fabułę reżyser zawiązuje w typowy dla siebie sposób. Pozornie nieistotny wybryk bohatera wpędza go w poważne kłopoty. Przedstawienie tego zdarzenia w formie nie do końca chronologicznie opowiedzianej historii to jeden z lepszych fragmentów w filmie. Niesforni klienci okazują się być pod ochroną wujka Artura – panującego (nie)miłościwie Vortigerna. Jude Law zagrał solidnie, jednak nie wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Dla przykładu można przywołać chociażby niedawny serial Młody Papież, gdzie w jego grze widać dużo więcej finezji i subtelności. Konsekwencją konfliktu z protegowanymi króla jest ucieczka, pojmanie i wkrótce później, a jakże, kolejna ucieczka. Przy tej okazji poznajemy nową postać, charakterną czarodziejkę o niezwykle egzotycznej urodzie (śliczna Astrid Bergès-Frisbey szybko daje się polubić dzięki swoim wymierzonym w punkt ripostom).

Nie chcę zdradzać zbyt wielu rozwiązań fabularnych, by nie zniechęcić kogoś do zobaczenia dzieła. Sam nie znoszę spoilerów. W późniejszej części filmu dostajemy po trosze wszystkiego. Jest spisek, magia, humor, choreograficznie świetne sekwencje walki, tragedia, rozwój bohaterów i zakończenie sugerujące, że zobaczymy dalsze losy króla Artura. Kto słyszał co nieco o legendarnym władcy, może domyślić się, jaki mebel zagości na ekranie. Najnowszy film Guya Ritchiego nie jest na pewno jego najlepszym. Stanowi jednak przyjemną, świeżą odmianę od klimatu, do którego przyzwyczaił nas mistrz gangsterskiego kina, a także wyróżnia się spośród często niestety mocno sztampowych produkcji fantasy. Polecam!

Tagi: Qlturka, Król Artur. Legenda miecza, Guy Ritchie, film, recenzja


Komentarze użytkowników (0)

Dodaj komentarz
Stalgast

Kalendarz Imprez

Listopad 2017
PnWtSrCzwPtSoNd
12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930

Najbliższe wydarzenia


20 - 21 listopada 2017

Nowe zasady selektywnej zbiórki odpadów komunalnych

Środa, 22 listopada 2017

Premiera spektaklu "Zimny prysznic"

Piątek, 24 listopada 2017

Akcja krwiodawstwa w Wesołej

Zgłoś wydarzenie

Wesbud
Archiwum wydań drukowanych
 

Nasza ankieta

Czy weźmiesz udział w konsultacjach dotyczących obwodnicy śródmiejskiej przebiegającej przez rondo Wiatraczna?

Tak, bo chcę wyrazić swoją opinię
Tak, bo jednostki administracyjne powinny znać zdanie mieszkańców stolicy
Tak, bo wierzę, że mój głos ma znaczenie
Nie, bo i tak jednostki administracyjne zrobią, co uważają za stosowne
Nie, bo nie obchodzi mnie ta inwestycja
Zobacz wyniki
Kurek Foto

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz swój adres e-mail:
Zapisz Usuń