WARSZAWA:   Wesoła - Wawer - Praga Południe - Rembertów

Wybierz wydanie:

Logowanie

automatyczne logowanie
Zarejestruj się    Zapomniałem hasła

Sobota, 20 stycznia 2018 r.
Imieniny obchodzą: Fabian, Sebastian

Moje wojenne wspomnienia

Mirosław Kukliński  |  10 stycznia 2018

Ja, Mirosław Zenon Kukliński, urodziłem się 3 stycznia 1941 roku w Warszawie, w Szpitalu Czerniakowskim. W tym czasie moi Rodzice mieszkali w Warszawie (Starówka) na ul. Podwale, następnie Stefan (zm. 09.09.2007 w Warszawie) i Helena (zm. 16.12.2003 w Warszawie) Kuklińscy przeprowadzili się na Wolę na ulicę Pawią nr 61.

Ulica Pawia biegła ze wschodu na zachód, pomiędzy ulicami od północy ul. Gęsią (obecnie ul. Anielewicza) i od południa ul. Dzielną, równolegle do nich, aby od zachodu trochę „z górki” połączyć się z ul. Okopową. 

Bliskość słynnej „Nędzy” - stadionu RKS Skra w połączeniu z dużą dozą uczucia osobistego, jaką miał mój Ojciec do tego klubu i stadionu (był jego piłkarzem, wychowankiem i członkiem, na tym stadionie grał do 1939 roku), sprawiła, że zdecydował się zamieszkać w jego bliskości. No i niedaleko stał kościół św. Augustyna, w którym moi rodzice brali ślub przed wybuchem wojny. 

Dom, w którym mieszkaliśmy, stał po południowej stronie ulicy, po tzw. „stronie aryjskiej”. Po stronie północnej ulicy Pawiej był mur Getta i zamykał ją, przecinając w poprzek, za budynkami nr 55 i 57 od strony wschodniej. Tu stała zawsze bardzo aktywna niemiecka „wacha”.

W roku 1943 z naszego okna, przy wąskiej ulicy, jaką była Pawia, patrzyliśmy, jak za murem płonęło i konało Warszawskie Getto. Mój Ojciec opowiadał, jak przez otwarte okno w naszym pokoju przerzucał bochenki chleba przez ulicę i mur do Getta „rzutem dyskobola”. Był wysportowanym piłkarzem klubu RKS Skra Warszawa, sportowcem i reprezentantem Warszawy.

Trwało to do momentu, aż niemiecki Bewacher postraszył go, strzelając w okna. Pamiętam także, że jak mówił mój Ojciec, odbiorcą tych przerzucanych bochenków chleba był jego stały kibic piłkarski z meczów Skry na pobliskiej „Nędzy”, mały Dawid. Przerzuty odbywały się o określonych pomiędzy nimi porach dnia.

Właśnie tu [na ul. Pawiej] w sierpniu 1944 r. (miałem wtedy 3 lata) zastało nas Powstanie Warszawskie. Fakty znam ze wspomnień Rodziców, chociaż obydwoje nie byli zbyt skłonni do rozpamiętywania przeszłości. Niemieccy żołnierze wypędzili nas w dniu 7 względnie 9 sierpnia 1941 z piwnicy domu na ul. Pawiej nr 61, w którym mieszkaliśmy i gdzie chowaliśmy się wraz z innymi mieszkańcami w trakcie ostatnich ciężkich walk w rejonie cmentarza Żydowskiego, boiska klubu RKS SKRA, tzw. „Nędzy”, i ulic Okopowej i Gęsiej.

Powstanie w naszej dzielnicy Wola padło już po niecałym tygodniu ciężkich walk. Niemcy skupili się na wypędzaniu mieszkańców. Pędzono nas pieszo w kolumnach i pod strażą uzbrojonego wojska niemieckiego do obozu w Pruszkowie - Durchganglager 121 Pruszków, ulicą Wolską przez punkt selekcyjny przy i w kościele św. Wojciecha (ul. Wolska róg ul. Syreny). Niewiele mogliśmy zabrać ze sobą, bo Niemcy dali nam wszystkim 10 minut na opuszczenie domu. Mama zdążyła zabrać torbę sucharów, które będą jedynym pożywieniem dla mnie w dalszej okropnej drodze, jaka nas czekała.

Udało nam się przebrnąć szczęśliwie przez wstępne selekcje posterunków niemieckich przy kościele św. Wojciecha, który miał status  tymczasowego obozu koncentracyjnego (Durchganglager), tzw. „Spilkerlager”, „szefował” tu niemiecki oficer o nazwisku Spilker. Ojciec niósł mnie „na barana”, a ja chyba skutecznie zasłaniałem jego twarz, obejmując go za głowę. Może to nam pomogło i Niemcy nie zauważyli, że jest młodym mężczyzną. Mężczyzn młodych wyciągali z tłumu, część z nich rozstrzeliwali natychmiast po drugiej stronie ul. Wolskiej (dzisiaj stoi tu krzyż upamiętniający te fakty) na wprost bramy kościoła św. Wojciecha, albo w ul. Sokołowskiej i za plebanią kościoła oraz wcześniej po drodze wypędzania w bramach i podwórkach fabryki Franaszka (Wolska 45) i tzw. „Domu Hrabiego” przy ul. Wolskiej, pomiędzy ulicami Działdowską i Płocką.

Po zapędzeniu nas pieszo do obozu w Pruszkowie (Durchganglager 121) i po kilku dniach siedzenia w hali warsztatów kolejowych, zostaliśmy 11 sierpnia 1944 roku załadowani do wagonów towarowych. Zamknięci i stłoczeni w wagonach, stojąc, po około 100 osób na wagon, tłok, brak powietrza. Pociąg się nie zatrzymywał, w środku było niesamowicie gorąco. Nie mieliśmy nic do picia, smród nie do wytrzymania. Nie było możliwości, aby się załatwić po ludzku, normalnie. Tak kilka dni trwała ta podróż, Matka mówiła, że trwała trzy dni.

W końcu pociąg się zatrzymał. Nadal staliśmy w wagonach bez możliwości wyjścia. To trwało okropnie długo. Miejsce, do którego nas przywieziono, to obóz koncentracyjny KZ w Sachsenhausen/Oranienburg koło Berlina w Niemczech. Znowu plac apelowy (Appellplatz) i wstępna selekcja. Mężczyźni, bardzo młodzi, natychmiast byli pogonieni do pracy. Ojciec zostaje zabrany wraz z innymi i pozostanie w tym obozie, otrzymuje numer więźnia politycznego, Heftling Numer 89633, w rejestrze policyjnym Stapo, przekazany 14.08.1944 roku do obozu KZ Sachsenhausen (oficjalna oryginalna kartoteka numerowa więźniów KZ Sachsenhausen), i trójkąt z literą P (Vinkiel P) naszyty na pasiak obozowy, przeżył marsz śmierci więźniów i na koniec wrócił pieszo, schorowany, ale żywy, do Warszawy. Potwierdził to wynik naszych poszukiwań Ojca po wyzwoleniu, przez Czerwony Krzyż w 1946, powodując to, że w 1946 roku wróciliśmy do Warszawy.

KZ Sachenhausen. Tu pozostawione na placu apelowym kobiety z dziećmi, w tym ja z Matką, zostajemy zmuszeni przez niemieckich strażników do rozebrania się i zapędzeni do dużej hali z natryskami w suficie. Mama mówiła, że ja i reszta dzieci wyglądaliśmy przezabawnie biegając i nie zdając sobie sprawy z groźby sytuacji, wśród nagich stłoczonych tam kobiet.

Później dowiedzieliśmy się, że tę część naszego transportu Niemcy przeznaczyli do zagazowania po tej natryskowej kąpieli. W tym okresie upadające Warszawskie Powstanie dostarczało częste transporty więźniów do obozu w Sachsenhausen. Obozowe komanda przy piecach krematoryjnych nie nadążały z ich czyszczeniem. Po kąpieli wygoniono nas na plac apelowy, czarny węglowy żużel, w kilka minut wszyscy byliśmy bardziej brudni niż przedtem.

Mama trzymała się razem z grupą 5 kobiet z dziećmi, wszyscy z Powstania z Warszawy. W grupie tej były moja Matka -  Helena Kuklińska i ja, Mirosław Kukliński, były też Pani Stefania Indulska z córką Kunegundą zwaną przez nas Emilką albo „Mundą”, Pani Janina Nowak z córką Janeczką, adoptowaną po drodze sierotą, Pani Melania Poźniak z synem Leszkiem i Pani Irena Raczyńska z synem Jędrkiem. Odnośne dane, między innymi dotyczące tej piątki kobiet i mnie, są zawarte w Stadtarchiv Duderstadt: Dud. 2, Nr.12559, Anforderung von Lohnsteuerkarten 18.01.1945 r.

Popędzono nas na dworzec kolejowy na załadunek w transporcie kolejowym w głąb Niemiec. Ojciec pozostał w KZ Sachsenhausen zatrzymany po wyżej opisanej selekcji na placu apelowym.
Podróż kobiet z dziećmi trwała już w lepszych wagonach kolejowych, bo w osobowych. Niektóre są sukcesywnie odczepiane. Nieliczne docierają do KZ Buchenwald koło Weimaru. Wyładunek, krzyki, płacz dzieci, bicie i kopanie. Wreszcie siedzimy na trawie wśród smrodu kału i moczu. Pełno tu wszy i pcheł łażących po trawniku. Tak spędzamy noc pod gołym niebem.

Następnego dnia pędzenie, załadunek i transport do obozu pracy przymusowej w Northeim, Nidersachsen – gdzie odbywał się targ niewolników i preselekcja w obecności niemieckich przemysłowców, bauerów wybierających niewolników do pracy przymusowej. Mama nadal starała się trzymać razem z ww. czterema kobietami z dziećmi z Warszawy. Naszą grupę zabrali do obozu Gemeinschaftslager 1 na terenie cegielni Ziegelei Jacobi, Bilshausen, Kreis Duderstadt. Dzisiaj to zakład produkcji dachówek firma Jacobi Tonwerke GmbH, Osteroder Strasse 2, Bilshausen. Mieliśmy tu typowe obozowe skoszarowanie, stare, drewniane baraki, rozpadające się z wodą deszczową lejącą się z dachów i po ścianach.

Tu nabawiłem się reumatyzmu, z którym walczę do dziś.  Warunki były trudne do wyobrażenia i opisania. Właściciel tej cegielni nie był przygotowany na przyjęcie dużej ilości więźniów/robotników przymusowych. Zapada decyzja o przekazaniu części robotników do zakładu gręplarni waty w pobliskim miasteczku Duderstadt. Piątka naszych kobiet z dziećmi trafiła do obozu pracy przymusowej Wohnlager 1 Reisswollfabrik Franz Hollenbach, Duderstadt, Vorbeckstrasse 1.

Wszędzie tam, gdzie nas zapędzali trafialiśmy do obozów strzeżonych, przez uzbrojonych żołnierzy regularnej armii i Volksturmu. Nie mieliśmy możliwości kontaktu za światem zewnętrznym. Kobiety z obowiązkowymi naszywkami trójkątnych chorągiewek biało czerwonych oznaczających obozową przynależność narodową, wypędzane są do pracy już o 5 rano, wracają około 23 wieczorem. Dzieci pozostawały zostawione samym sobie w określonym rewirze do poruszania się. Zmuszano nas do prac porządkowych, sprzątanie, utrzymywanie porządku w obejściu.

Nadzorowali nas żołnierze Volksturmu i nadzorczyni obozowa, naszą Aufseherin była córka właściciela fabryki Giesela Artmann. Za przygotowywanie „posiłków” odpowiadała właśnie nasza Aufsehrin Giesela Artmann. Matki musiały sobie radzić tak, aby w jakiś sposób chronić dzieci w tych okropnych i nieludzkich warunkach. Nasze menu to był zwykle twardy chleb razowy i okropna czarna kawa, a jak się udało to zupy z brukwi, pokrzyw, albo z komosy. Mamy łapały krety i to było nasze mięsne danie. Jedna główka cebuli, zdobyta szczęśliwie, służyła wszystkim naszym Mamom do pocierania dziecięcych dziąseł jako zabezpieczenie przed szkorbutem. Mieszkaliśmy stłoczeni wszyscy razem, na piętrowych łóżkach w jednej izbie starego budynku, który był kiedyś pomieszczeniem kuchennym (kuchnią). Sanitariatem były zwykłe kubły, zimna woda, ubrania to tylko to co udało się zabrać ze sobą z Warszawy i nie stracić po drodze w różnych obozach.

Mama, gdzieś w październiku 1944 roku, w trakcie pracy ulega wypadkowi, gdy koło transmisyjne maszyny odrywa się i miażdży jej duży palec u nogi. Musi pracować nadal i do rany wdaje się ropień i zachodzi podejrzenie gangreny. Nie ma wyjścia i właściciel decyduje się na odstawienie jej do nieodległego szpitala St.Martini Krankhauses. Mnie wysyłają razem Matką. Pobyt w tym szpitalu to zaledwie jeden dzień. Matkę opatrzono, a mnie zabrali do gabinetu na jak się okazało pobranie krwi. Nakłucie zrobili mi w szyję, ale pech chciał, że zobaczyła to moja Mama i w nocy kuśtykając boso i pieszo uciekła ze mną do obozu. Karą dla niej była praca bez ulg i patrzenia na ranę. Mama mówiła, że bała się, że zrobią mi krzywdę. Szpital zatłoczony był rannymi żołnierzami, krew była więc na wagę złota.

No i wreszcie nadszedł pamiętny poniedziałek 9 kwietnia 1945 roku. Do miasteczka wtoczyły się czołgi 3 Amerykańskiej Armii Pancernej Generała Brygady Thomasa Francisa Hickey’a i wraz z nim nadeszło wyzwolenie. Obozowa załoga niemiecka wraz z właścicielem fabryki Franzem Hollenbachem i jego córką, naszą Aufseherin, Gieselą Artmann trafiają pod ścianę zakładowego budynku biurowego, sytuacja była niezwykle groźna i jednoznaczna. Mojej Matce udało się wytłumaczyć Amerykanom, że to byli „dobrzy Niemcy”. Odstąpiono od samosądu i egzekucję wstrzymano. Jednym z uratowanych wtedy Niemców był żołnierz Volksturmu, jeden z naszych wartowników o nazwisku Ertmer. W trakcie moich późniejszych wizyt w Dudertsadt, jak dokumentowałem fotograficznie zakład, w którym nas więziono, miałem okazję rozmawiać z synem tego żołnierza Walterem Ertmerem, wtedy mieszkał przy Vorbeckstrasse 9, Duderstadt, ta sama ulica, przy której było nasze więzienie w fabryce Hollenbacha. Dowiedziałem się, że jego ojciec już nie żyje, a za życia niechętnie wracał do przeszłości. Sam Walter Ertmer miał lepszą pamięć i kilka szczegółów pamiętał.

Po wkroczeniu Armii Amerykańskiej do miasta Duderstad dotarły tu także grupy polskich kapelanów, księży katolickich, w mundurach wojskowych, którzy zajęli się w pierwszej kolejności poszukiwaniem polskich dzieci i młodzieży, organizowaniem pomocy i życia w tworzonych wtedy obozach DPisów, obozach dla bezpaństwowców, bo taką nadano nam nazwę.

Naszym opiekunem był ksiądz kapelan Czesław Wojciechowski, duszpasterz, Chrystusowiec, z Polskiej Misji Katolickiej w Braunschweig. Zostałem ministrantem w kaplicy przyszpitalnej św. Marcina w Duderstadt (St. Martini Kapelle - Krankhauses, Duderstadt) i trafiłem do jednego z polskich przedszkoli, zorganizowanych przez kapelanów wojskowych.

Po wyzwoleniu przez ponad rok Mama starała się odszukać Ojca i wreszcie w 1946 roku Czerwony Krzyż potwierdził, że ocalał i jest w Warszawie. Dalej to oczekiwanie w kolejce na transport wagonami towarowymi do Warszawy. Załadowano nas 08.07.1946 roku.  A w Warszawie nie było już naszego domu na ulicy Pawiej 61, zburzony w trakcie walk w Powstaniu 1944 roku, piwnice tego domu rozkopane i rozszabrowane, nie zostało nam nic i trzeba było zacząć życie od zera.

W powyższym opisie celowo używam dużej litery w takich słowach jak Matka, Mama, Pani. Jest to dowód ogromnego szacunku i najwyższego uznania, w hołdzie i podzięce wszystkim tym dzielnym Warszawskim Matkom, którym udało się w tym czasie ogromnej represji, cierpienia i nieludzkiego upodlenia przeprowadzić nas, wtedy jeszcze dzieci, bezpiecznie, do miejsca skąd brutalnie byliśmy wypędzeni w sierpniu 1944 roku.

Warszawa/Wesoła 07.07.2016 rok                             Mirosław Kukliński

         

 

Zobacz również

Tagi: wojenne wspomnienia, wojna, wspomnienie wojny, Mirosław Kukliński


Komentarze użytkowników (1)

Dodaj komentarz
kaan | 2018-01-10 20:24:56

Szanowny Panie Mirosławie , ja do tego tragicznego "marszu " dołączyłem z Mamą i Babcią na rogu ulicy Staszica. Miałem niecałe trzy lata...

Ukłony

Stalgast

Kalendarz Imprez

Styczeń 2018
PnWtSrCzwPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031

Najbliższe wydarzenia


Sobota, 20 stycznia 2018

II Marsz śladami powstańców styczniowych 1863 roku

Sobota, 20 stycznia 2018

Klub Miłośników Gier Planszowych zaprasza

Sobota, 20 stycznia 2018

Festiwal Piosenki Poetyckiej „Bardowie Wolności”

Zgłoś wydarzenie

Wesbud
Archiwum wydań drukowanych
 

Nasza ankieta

Czy podoba Ci się nowe logo transportu publicznego w Warszawie? (można je zobaczyć tutaj: Pojazdy komunikacji miejskiej z nowym logo)

Nie, jest okropne!
Nie, zupełnie nie kojarzy się z transportem publicznym, co najwyżej z tramwajem
Nie (z innych powodów)
Tak, jest lepsze od logo ZTM
Tak, cieszę się, że wreszcie będzie ujednolicone oznaczenie
Tak (z innych powodów)
Nie jest złe, ale lepsze było logo ZTM
Muszę to zobaczyć na żywo
Nie, przecież to żywcem z "Dziennika telewizyjnego"!
Nie mam zdania na ten temat
Zobacz wyniki
Kurek Foto

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz swój adres e-mail:
Zapisz Usuń