WARSZAWA:   Wesoła - Wawer - Praga Południe - Rembertów

Wybierz wydanie:

Logowanie

automatyczne logowanie
Zarejestruj się    Zapomniałem hasła

Środa, 27 maja 2020 r.
Imieniny obchodzą: Juliusz, Magdalena, Jan

Powrót mrocznego Finchera

Martyna Nowosielska (martyna.nowo@gmail.com)  |  5 lutego 2012

„Dziewczyna z tatuażem”

 reż. David Fincher

 

Co prawda słynna powieść Stiega Larssona doczekała się już szwedzkiej ekranizacji (pod tytułem takim samym jak książka – „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”), ale czymże byłby prawdziwy bestseller bez amerykańskiej wersji? Przyznam się szczerze, że szwedzkiej nie obejrzałam, jednak kiedy usłyszałam, że sam David Fincher tworzy wersję amerykańską, udałam się do kina czym prędzej.

 

Fabuła jest prawdopodobnie znana większości – mało kto nie czytał bądź nie słyszał o szwedzkiej książce. Historia dziennikarza ekonomicznego Mikaela Blomkvista, który wraz z genialną researcherką Lisbeth Salander poszukuje rozwiązania zagadki zniknięcia przed laty krewnej ważnego przedsiębiorcy, Henrika Vangera jest idealnym materiałem na film. Obraz Finchera jest zbudowany bardzo podobnie do książki – ma konstrukcję best-sellera – wszystko dzieje się szybko, przejścia momentami są błyskawiczne oraz obserwujemy równolegle kilka wątków, w tym dwa główne – Lisbeth i Mikaela. Między innymi przez ten szybki rozwój akcji film traci w stosunku do książki, która powoli budowała napięcie. Ponadto, w obrazie, jak to zwykle, zrezygnowano z kilku ważnych wątków, a część przebiegu z nich znacznie zmieniono. Film ten jednak i tak jest jedną z najwierniejszych adaptacji, jakie widziałam. Obraz, tak samo jak powieść, jest brutalny i bezkompromisowy.

 

W filmie, który stylem zdecydowanie bardziej przypomina mroczne „Siedem” niż ostatni film Finchera „Social Network”, należy zwrócić uwagę na kilka elementów. Po pierwsze – już od samego początku jesteśmy atakowani przez agresywną, dynamiczną wejściówkę – początkowe napisy zostały ozdobione niesamowitą animacją, której charakteru dodaje jeszcze wersja hitu Led Zeppelin „Immigrant Song” według Trenta Reznora, Atticusa Rossa i Karen O. Jeśli chodzi o muzykę w filmie – jest ona gorsza niż w „Social Network”, ale nadal warta posłuchania – soundtrack opiewa bowiem na 39 utworów. Jest to dość surowa elektronika – łatwo pomylić tutaj muzykę filmową z dźwiękami wydawanymi przez odkurzacz bądź drukarkę, ale wszystko pasuje do równie surowego obrazu. Są tu też piosenki spoza pracy Reznora i Rossa i to one najbardziej zaskakują. Dużo akcji budowanej jest też na ciszy – słynna już scena gwałtu jest tak przejmująca i przerażająca między innymi dzięki brakowi dźwięków. Innym razem nasze napięcie i zdenerwowanie potęguje jedynie dźwięk sprzętu do cyklinowania podłóg.

 

Po drugie – aktorstwo. Naprawdę godne podziwu. Przede wszystkim zachwyca wschodząca gwiazda, Rooney Mara, w roli zamkniętej i agresywnej Lisbeth Salander. Nie wiem, jakim cudem o tą rolę walczyła między innymi Scarlett Johansson – nie wyobrażam sobie w niej nikogo innego niż Mara. Daniel Craig w roli Blomkvista na szczęście odszedł od grania filmowego amanta na rzecz nalanego niedorajdy z brzuchem, który jednak obdarzony jest sprytem i detektywistyczną dociekliwością, co doskonale się sprawdza. Pozostali aktorzy (Christopher Plummer, Stellan Skarsgård) również świetnie wypadli w swoich rolach.

 

Film, podobnie jak książka, pod przykrywką kryminału porusza realne problemy, głównie kobiet, podane w dość nietypowy sposób. Nic nie jest tu złagodzone – jeśli w powieści mieliśmy opisany makabryczny mord – taki również jest nam prezentowany. Jednak należy pamiętać, że to wciąż Hollywood. Szwedzki zamieniono na angielski (co samo w sobie nie jest złe, jednak zupełnie niepotrzebnie udawano, że bohaterowie mówią jakoś tam po szwedzku – pada tu między innymi „Takk” zamiast „Thanks” oraz inne krótkie wyrażenia w języku autora, a aktorzy mówią z lekkim akcentem). Całość zaś, mimo że jest brutalna, mroczna i zła, a momentami trudna do zniesienia, to jednak pozbawiona brudu, którym ten film zapewne obarczyłoby kino europejskie. Jeśli film Finchera Amerykanie oceniają jako taki, na którym często trzeba odwracać głowę, w takim razie nie widzieli chociażby polskiego „W ciemności” – ten obraz jest na tyle przejmujący, bliski życia, że wcale nie musi budować na brutalizmie, aby być odrażającym.

 

Ogólnie obraz oceniam jako bardzo dobry, jednak nieco zawodzący w stosunku do powieści. Może gdybym wcześniej nie czytała książki Larssona, inaczej bym go odebrała. Tak czy inaczej – film polecam (aczkolwiek nie tym najwrażliwszym widzom) i z niecierpliwością czekam na kolejną część.

Tagi: Dziewczyna z tatuażem, David Fincher, film, kino, recenzja, Qlturka


Komentarze użytkowników (0)

Dodaj komentarz
Stalgast

Kalendarz Imprez

Maj 2020
PnWtSrCzwPtSoNd
123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Najbliższe wydarzenia


Środa, 27 maja 2020

Wernisaż wystawy Bogdana Stodulnego

Wtorek, 30 czerwca 2020

Warszawska Nagroda Edukacji Kulturalnej

Zgłoś wydarzenie

konstans
Archiwum wydań drukowanych
 

Nasza ankieta

Co myślisz o powrocie systemu roweru miejskiego (Veturilo) w Warszawie?

Pomysł dobry, ale w praktyce słabo działa - częste problemy z wypożyczeniem/oddaniem roweru
Świetny pomysł i doskonale się sprawdza w Warszawie
Zbyt często brakuje rowerów na stacjach, z których chciałbym/chciałabym skorzystać
Może być, ale bez rewelacji
Świetnie promuje jazdę na rowerze
Źle, że go wprowadzili, bo teraz trzeba na chodniku (jako pieszy) mieć oczy dookoła głowy, tylu tu rowerzystów
Fajny, ale rowery często się psują
Dobry, ale za mało stacji wypożyczenia
Nie wiem, nie korzystam
Kiepski, w innych miastach to działa lepiej
Co z tego, że są rowery jak prawie wcale nie ma ścieżek rowerowych?
Zobacz wyniki

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz swój adres e-mail:
Zapisz Usuń